“Najważniejsze to przeżyć”

Początkowo ta książka wydaje się mieć – mimo zakończonej chwilę temu wojny i ukazanych w tle problemów – optymistyczny wydźwięk. Rodzina, która przetrwała wojnę i Powstanie na podwarszawskiej wsi wraca do zrujnowanej stolicy i stara się zacząć od początku normalne – cokolwiek to oznacza – życie.
Każdy z członków rodziny, mimo problemów i traum (ale po wojnie przecież każdy ma jakieś problemy, najważniejsze, że wszyscy żyją!) radzi sobie jak może, ale im dalej brniemy w treść książki, tym wszystko staje się coraz bardziej skomplikowane i depresyjne.
Autorka książki zastosowała ciekawy zabieg – narratorem jest kolejno każdy z członków rodziny, więc poznajemy tę trudną historię z różnych perspektyw.
12-letnia córka – bardzo zaradna i wygadana dziewczynka, jej starsza siostra – nieszczęśliwie i beznadziejnie zakochana studentka, matka – przedwojenna nauczycielka, która znalazła nową pracę w redakcji warszawskiej gazety i ojciec – i przed wojną i po wojnie pracujący jako lekarz, wykonujący swoją pracę z wielkim oddaniem, ale przypłacający to wycieńczeniem fizycznym i psychicznym. Mnie do gustu przypadło najbardziej spojrzenie młodej Mirki – mimo chaosu, gruzów i śmierci młoda nie traci wytrwałości, chęci do działania ani pogody ducha. Mirka wydaje się myśleć tylko o rozwiązaniach, a nie o problemach i tym samym często te rozwiązania znajduje albo wychodzi bez szwanku z niebezpiecznych sytuacji – ale bywa i tak, że brutalna rzeczywistość przerasta 12-letnią dziewczynkę. Starsza siostra Mirki nie jest natomiast zainteresowana niczym poza próbami odzyskania uczuć swojego przedwojennego chłopaka (który ożenił się w czasie Powstania z inną dziewczyną i spodziewają się dziecka), a rodzice, zajęci swoimi codziennymi problemami i pracą siłą rzeczy nie widzą problemów córek, ani nawet tego, że ich małżeństwo się rozpada. Wszyscy dookoła – sąsiedzi, krewni i znajomi – próbują cokolwiek odbudować na zgliszczach Warszawy, w nowych realiach politycznych.
Wszystko robi się coraz bardziej przygnębiające i prowadzi czytelnika do smutnego finału…
Kiedy czytam autentyczne obozowe wspomnienia, wiem że w 99,9% przypadków dana sytuacja skończy się tragicznie. Tutaj zdecydowanie bardziej ma się nadzieję na szczęśliwsze zakończenie. Ta książka to beletrystyka, ale przecież nie o tęczowych jednorożcach, tylko o naprawdę trudnych pod każdym względem i niejednoznacznych czasach. I takie tragiczne rzeczy jak w finale książki przecież bardzo często się wtedy zdarzały – wojna zbierała ofiary jeszcze długo po jej zakończeniu. Także w sensie psychologicznym. Ale pewnie łatwiej pogodzić się z takimi sytuacjami podczas trwania wojny, niż tuż po jej zakończeniu…
Polecam.
Ale mieszana narracja jest ciężka do czytania (przynajmniej dla mnie była)…
Tutaj właśnie jest to zgrabne i nie psuje odbioru treści.
Ogólnie to chciałabym kiedyś przeczytać chociaż jedną książkę od tej autorki, ale boję się, że ta konkretna za bardzo mnie przygnębi. :(
Ciężko mi tu coś doradzić, bo dla mnie jako osoby, która przez x lat czytała autentyczną literaturę obozową, ww. książka i jej podobne nie są jakieś hardkorowo przygnębiające.